Importance of the names

Stereo

do 04.04.2026
  • Screenshot 2026-02-25 at 17.35.47
  • Screenshot 2026-02-25 at 17.39.51
  • Screenshot 2026-02-25 at 17.35.47
  • Screenshot 2026-02-25 at 17.39.51

To są obrazy, ale nie są obrazami. To twarze i ciała – jedno, dwoje, czasem więcej – lecz zarazem abstrakcje, niefiguratywne formy, zależne od kąta patrzenia, światła, nastroju, dnia, a przede wszystkim od widza, bo przecież inaczej dzieło sztuki nigdy nie jest oglądane. To malarstwo, lecz jego powierzchnie jednocześnie przekraczają i podważają płaskość; wykorzystują procesy addytywne i subtraktywne, przestrzeń pozytywną i negatywną, by wydobyć to, co w danym, migotliwym momencie możesz dostrzec w ich enigmatycznych płaszczyznach i stonowanej, przesłoniętej palecie. Jesteśmy złotem, purpurą, brązem, karminem, fioletem, szarością, bielą, czernią, ochrą – zdają się szeptać; jesteśmy farbą, ale też surowym pigmentem, bo barwy mogą być oprószone, zyskiwać ziarnistą poświatę i fakturę, delikatnie uniesioną. Mamy głębię, pierwszy i dalszy plan, ale jesteśmy też drogocenne – w sensie wyrafinowane, eteryczne, niemal sakralne – a nasza perspektywa zatrzymuje się tam, gdzie rodzi się ta jakość: złoto płatkowe – najczystsza, najświętsza płaskość, istniejąca w żadnej innej płaszczyźnie poza własną, jednocześnie pochłaniająca i odbijająca światło, zatrzymująca nas w pół kroku, mrugająca, połyskująca, uwodząca.

Uświadamiam sobie, że antropomorfizuję sześć obrazów różnej wielkości autorstwa polskiej artystki Barbary Wesołowskiej, ale taka jest skłonność, gdy coś tak uważnie lokuje się w przestrzeni nieokreśloności: obrazy, które podważają to, co widzisz – i dlaczego, i jak, i kto widzi – oraz sposób, w jaki wszystko to może zmienić się w jednej chwili, zawracając spojrzenie ku niemu samemu. Umysł sięga po to, co zna: twarze, ciała, grupy, atmosfery, przeczucie czegoś, co się wydarza, nawet jeśli na ten moment i następny, i kolejny – pozostaje zamrożone. Dla Wesołowskiej obrazy zawierają figury, ale są one raczej przelotnymi energiami niż jednostkami; bardziej przypominają obecności i postaci, które pojawiają się w snach i wspomnieniach, gdzie ludzie zlewają się i przemieszczają, przenikają, mnożą, a nawet znikają, przechodząc z samotnych figur w diady, triady, a energia grupy zmienia się płynnie na naszych oczach.

Jest to, jak sądzę, podobne do aktu patrzenia na świat wokół nas: nic nie pozostaje nieruchome, odczytujemy wzory, uczymy się rozpoznawać znajomość, po czym wszystko przemija i ukazuje coś nowego. Nic – bez względu na to, jak bardzo byśmy chcieli — nie pozostaje takie samo. Materia jest jednocześnie nietrwała i realna, namacalna, gotowa do nadawania sensu, nawet gdy precyzja wymyka się nieuchronnie. Obrazy Wesołowskiej ucieleśniają to przytłaczające poczucie, że coś zostało jednocześnie zyskane i utracone. Patrzenie na nie oznacza odczuwanie obu tych stanów naraz — a więc doświadczenie bardzo podobne do życia w świecie, który stawia jedynie pytania, nie oferując odpowiedzi. „Plamy wędrują” – mówi Wesołowska o sposobie, w jaki obrazy splatają się nie tylko poprzez formę, lecz także kolor, fakturę i współbrzmienie.

Można by nazwać tę otwartość czymś w rodzaju „negatywnej zdolności”, pojęcia rozsławionego przez romantycznego poetę Johna Keatsa, który opisywał ją jako zdolność „pozostawania w niepewnościach, Tajemnicach, wątpliwościach, bez drażliwego dążenia do faktu i rozumu”. Czy w ogóle można odnaleźć „fakt i rozum” w obrazach? Najlepsza sztuka, podobnie jak najlepsze pisarstwo, częściej pogłębia złożoność, niż ją wyjaśnia. Poczucie nieuchwytności, czegoś tuż poza zasięgiem, jest niezbędne – nawet jeśli trudne: coś utraconego, opłakanego, upragnionego, poszukiwanego, drogo kochanego, wyobrażonego, wyśnionego, a może przede wszystkim – zaryzykowanego. „Ryzyko to bitwa z przeciwnikiem, którego nie znamy, pragnienie, o którym nie mamy wiedzy, miłość, której twarzy nie znamy, czyste zdarzenie” – pisze Anne Dufourmantelle w książce Pochwała ryzyka, z której Wesołowska zaczerpnęła tytuł swojej wystawy Importance of the Names.

Artystka zazwyczaj czeka, aż wystawa nabierze ostatecznego kształtu, a następnie wydobywa tytuły z materiałów ważnych dla jej myślenia – niekoniecznie bezpośrednio o konkretnych pracach, lecz o jej szerszej praktyce. W tej wystawie tytuły dzieł pochodzą z tekstów Freuda, który pisał, że „nasze dziecięce pokoje pełne są duchów”. Dla Wesołowskiej rymuje się to z „wagą imion” – poczuciem, być może, że coś trwałego może zostać przekazane między osobami, czasami, miejscami. Że nosimy się nawzajem i zastępujemy – siebie i innych – niczym głodne duchy, z każdą kolejną odsłoną. W tym sensie teksty Freuda również funkcjonują jak przenośne imiona, jak płaszcze narzucone na nowe obrazy i konteksty, by wywołać nowy dreszcz znaczenia w zestawieniu: Being in Secret, Reconciliation, Previous Time, Omission, Curtain, Little by Little. Przestrzeń między imieniem a imieniem, obrazem a obrazem, artystką a widzem, jest przestrzenią utraconego, ale i nowo wytworzonego sensu – nawet dla samej Wesołowskiej. „Obrazy są symptomem, którego nie da się prześledzić wstecz do pamięci” – mówi, oddając je nam, światu, byśmy mogli poczuć to osobliwe, rozprzestrzeniające się piętno – w nas samych.

Emily LaBarge jest kanadyjską pisarką mieszkającą w Londynie. Jej pierwsza książka, Dog Days, ukazała się nakładem Peninsula Press w 2025 roku.

Stereo

Tamka 37/1

Warszawa

00-355

poniedziałek
Zamknięte
wtorek
12:00 - 18:00
środa
12:00 - 18:00
czwartek
12:00 - 18:00
piątek
12:00 - 18:00
sobota
12:00 - 18:00
niedziela
Zamknięte